Wiarygodnym świadectwem ówczesnego stanu świadomości Edwarda Stachury jest magnetofonowy zapis czterech spotkań pisarza z publicznością w olsztyńskiej "Pracowni". "Pracownia", z którą swego czasu Stachura chętnie współpracował, gromadziła artystów różnych profesji twórczych, inicjowała przedsięwzięcia interdyscyplinarne, była miejscem artystycznego fermentu.
Czterodniowe spotkania Stachury w "Pracowni" (dzień po dniu od 12 do 15 stycznia 1978 r.) zgromadziły słuchaczy w różnym wieku. Monolog poety zarejestrowany w czasie tych spotkań ujawnia żywego człowieka-nikt. Jest w tych słowach logika - ale jaka? Jest w nich sens - ale dla kogo, prócz mówiącego, zrozumiały? Przytaczam tu trzy fragmenty magnetofonowego zapisu poczynionego wówczas w olsztyńskiej "Pracowni". Pierwszy - otwierający spotkania, drugi - pokazujący próbę nawiązania przez słuchaczy kontaktu ze Stachurą i wciągnięcia go w dyskusję, trzeci wreszcie - słowa wygłoszone na zakończenie czterodniowych spotkań:

- Tak się przytrafiło, że mogę powiedzieć, że po raz pierwszy w życiu zrozumiałem pewne rzeczy. I to zrozumiałem nie tylko werbalnie, gołosłownie, jak to na ogół rozumiemy, ale przeżyłem te rzeczy. Będę mówił o rzeczach, które są oczywistościami. Ale to są oczywistości dla mówiącego. Do słuchaczy, do słuchającego należy odkrycie w sobie, czy to, co mówiący mówi, jest oczywistą prawdą, czy oczywistą brednią... Jak zauważaliście, powiedziałem: oczywista prawda lub oczywista brednia. A więc tak w jednym, jak i w drugim przypadku ma to być oczywistość.
Jak się odkrywa oczywistość? Po prostu słuchając. Bo to są oczywistości, które każdy ma w środku. I mówiący jest, po prostu, tylko takim czymś jak dzwonek, który dzwoni i budzi to, co w każdym jest. Więc słuchać. Wydawałoby się to takie proste. Śmiem powiedzieć, że niewielu słucha. Większość z nas nie słucha w pełni. Ani tego, co mówią inni, ani tego, co mówią sami.
Wszystkim wydaje się oczywiste, że można słuchać i myśleć jednocześnie. Otóż nie da się myśleć i słuchać jednocześnie. Dlaczego? Słuchać można tylko w tu i teraz. Myśl zaś, jako relacja pamięci, jest zawsze zanurzaniem się w studnię czasu. Przeszłego. W studnię czasu w ogóle, jako że cały czas jest przeszły. I nie można być jednocześnie w dwóch różnych światach: w świecie czasu i w świecie teraz, które to "teraz" do czasu nie należy. Dlatego nie można słuchać i myśleć jednocześnie. Chyba zauważyliście (a są tu na sali licealiści chyba i chyba studenci), jak słuchamy mówiących - czy to profesora w liceum, czy wykładowcę na uczelni. Są takie fazy, że się słucha, a potem nagle wypada się zupełnie z tego, i znowu się słucha. Ale jest taka luka, że się w ogóle nie słuchało. Człowiek nagle słyszy Gdzie był wtedy, jak nie słuchał? Oczywiście myślał, oczywiście był w przeszłości.
Mógłby ktoś powiedzieć: ale jak nie myśleć, jeśli myśl goni za myślą i wszystkie się ze sobą ścigają, kłócą, biją lub zgadzają, i tak dalej, i tak dalej. Próbują ułożyć się w jakiś ład, rozpada się to, i tak dalej, i tak dalej. To może każdy zaobserwować. Więc jak można nie myśleć? Otóż słuchając właśnie. Słuchanie jest właśnie tym, co może sprawić, że nie będziemy myśleć. A więc słuchać. Że nie będziemy myśleć w czasie słuchania. Bo wtedy, jeżeli będziemy myśleć, to nie będziemy słuchać. Nam się będzie tylko wydawać, ale my złapiemy tylko piąte przez dziesiąte, siedemnaste przez trzydzieste siódme.
Prawdziwe słuchanie jest zawsze odkrywcze. I nie ma innych odkryć poza odkryciem w sobie oczywistości. Czym jest oczywistość? Jak być stuprocentowo pewnym, że ma się do czynienia z oczywistością, a nie z jakąś zwodniczością? I czy nie ma jakichś oczywistości o charakterze indywidualnym, że jest oczywistość dla jednego człowieka, a dla drugiego nie bardzo lub wcale. Zostawiłem tu taki tekst o oczywistościach, właśnie jutro, zdaje się, ci, którzy przyjdą, dostaną go (były to, wykonane na powielaczu, kilkunastostronicowe zeszytowe zszywki z fragmentami Oto - przyp. M.B.). Ale powiedzmy kilka słów o oczywistościach.
Oczywiste jest to, co nie potrzebuje wyjaśnień. Czujecie chyba, że tak jest. Wszystko, co potrzebuje wyjaśnień, nie jest oczywiste. Nie potrzebuje wyjaśnień także tych moich tutaj, oczywiście. Oczywiste jest to, co może być śmiało oczywiste dla wszystkich ludzi, a nie dla jakiejś grupy mniej lub bardziej licznej. Ludzi, mających się za inteligentniejszych od innych. Oczywiste się wie, tego się nie zapomina i tego się nie pamięta. Nie potrzebuje to być pamiętane. Oczywistego nie można się nauczyć, tak jak można się nauczyć języka obcego czy innych rzeczy. Oczywiste się po prostu odkrywa  i przeżywa. Oczywiste jest czuć głód czy pragnienie, czy jestem zmęczony, czy wypoczęty po wypoczynku. Każda manifestacja ciała, naszego lub nie naszego, jest oczywistością cielesną.
Odkryciu oczywistości zawsze towarzyszy ogromna radość. Jest to radość, która nie pochodzi z mikroświata słów, dlatego jest ogromna. To jest tak, jakby się dźwigało wielki ciężar i naraz się odkryło całą absurdalność, całą oczywistą nieoczywistość dźwigania tego ciężaru. I wtedy bez wysiłku naszego ciężar znika. A my stajemy się lekcy i ulatujemy w górę.
Należałoby najpierw jeszcze powiedzieć, zwrócić wam uwagę na to (są to słowa, które powinny paść na samym początku, ale nie zajmiemy się tym, co powinno być; ponieważ jest już za późno, więc one padają teraz), że słowa są zawsze tylko słowami. Niczym więcej. Słowo nie jest rzeczą, czyli pozasłowiem. Bo nie może nim być. Słowo "gruszka" nie jest, prawda, gruszką. Słowo jest opisem tylko. A opis rzeczywistości nie jest rzeczywistością. Opis życia nie jest życiem, a opis śmierci nie jest śmiercią (druga część tego zdania chyba bardziej trafia do was). Należy cały czas mieć to na uwadze.
Wiele z tych rzeczy, które mówię, które będę mówić, wydadzą się wielu ludziom, że to są banały. Kiedy się mówi o tym do ludzi - ludzie mówią: "Tak, to jest oczywiste, ja to rozumiem. Tak, tak, jasna sprawa, nie ma o czym mówić". Oczywistość także jest oczywistością dlatego, że się o niej nie dyskutuje. Nie dyskutuje się p oczywistej oczywistości, jak i o oczywistej nieoczywistości, żeby uniknąć nieuchronnie mętnych zawsze, bo niejasnych pojęć, jak prawda czy brednia.
 Otóż powiem: tak, to są banały. Zaiste, są to banały. W tym sensie, że to się czuje, że tak jest. Ale powiem, że większość z nas zatrzymuje się na werbalnej konstatacji, nie zanurza się dalej, gdzie zaczyna się życie. Bo życie zaczyna się tam, gdzie się kończy słowo. Rzeczywistość zaczyna się tam, gdzie się kończy opis tej rzeczywistości. Jest albo jedno, albo drugie.
 Czym jest w nas to, co jest opisem, słowem, czasem, psychiką i wszystkimi nieskończonymi, wynikającymi stąd konfliktami i nieszczęściami? Można to nazwać rozmaicie: A to się nazywa JA. JA - pępek świata. JA - Edward Stachura i - reszta świata. Reszta świata to jest też JA. To jest tak zwane nie-Ja. Jest JA i nie-Ja. Ja - reszta świata. Reszta świata to jest tylko moja projekcja. Centrum jestem JA. A gdzie jest centrum - wszystko jest do tego centrum sprowadzane i tam odpowiednio rozpatrywane, analizowane, niby analizowane, sądzone, wybiera się... Oczywiście wybiera się zawsze to, co MI najbardziej odpowiada, choćby się pozornie nieraz wydawało, że się poświęcam, na przykład dla kogoś czy dla czegoś. Nazywając to poświęceniem - już jestem zapłacony, już mam moje honorarium, znowu jestem centrum świata. A gdzie jest centrum nie ma okręgu. To, co Pascal mówił o Bogu: "centrum wszędzie - okrąg nigdzie" jest bardzo precyzyjnym sformułowaniem tego, co się nazywa JA. Gdzie jest centrum - wszystko jest subiektywne i musi tak być. Bo centrum to jest właśnie subiektywność. Gdzie jest centrum - nie ma okręgu. Gdzie jest subiektywność - nie ma obiektywności. Bo nie może być. Albo jedno, albo drugie. Kiedy jest jedno - nie ma drugiego.
Nam się wydaje, myślimy, wierzymy, mamy nadzieję, że jest jakiś inny świat, gdzie w przeciwieństwie do tego, w którym niepodzielnie króluje hałas i chaos, okrucieństwo i chciwość, i wojna za wojną, a między gorącymi wojnami tak zwane zimne wojny i tak zwana walka o pokój, że w przeciwieństwie do tego świata jest jakiś inny, gdzie powinien panować ład i piękno. Ale dopóki jest to centrum tamten świat nie może się pokazać, bo nie ma miejsca. Bo gdzie jest JA - cały kosmos jest opanowany przez JA. Lub tak zwane nie-JA, które jest, oczywiście, tylko projekcją JA.
 JA jest wymysłem. I dlatego wymyśla się jako JA i nie-JA. JA wymyśla siebie i swoje piekło razem z sobą. Piekło, niekiedy luksusowe mniej lub bardziej. Ale to jest piekło. Innego nie ma. Bo każdy, każdy od najniższego do najwyższego na drabinie - cierpi. Boi się. Chociażby śmierci, tej niewiadomej. A tam, gdzie lęk musi być cierpienie. Bo lęk rodzi cierpienie. Życie w lęku nie jest życiem. Wszelka radość, która nam się zdarza, jest tym lękiem zmącona przecież. Czasami ten lęk jest tam w głębi. Wtedy jest jakoś znośnie, a nieraz - dobrze, a nieraz - bardzo dobrze. Ale nie jest to trwałe przecież, nie jest to niezniszczalne. Są to tylko momenty nietrwałe. Zwłaszcza wtedy, kiedy~ się odpowiednio zagłuszymy. A sposobów na to, żeby się zagłuszyć, jest nieskończenie dużo. Cały ten świat nam je podsuwa bez przerwy. Chociażby oferując nam setki tysięcy niepotrzebnych przedmiotów, bezsensownych gadżetów, budzących w nas chciwość żeby je posiadać, żeby je mieć. Bo może mnie to zabezpieczy. Przed czym - nie wiadomo. Ale będę miał to, to i to - będzie mi jakoś lepiej. Jak się odgrodzę fortyfikacją, zbuduję zamczysko, to będę się czuł bezpieczniejszy. Ale czy bezpieczny?
Człowiek, który zrozumiał te rzeczy, mówi je drugiemu. Nie pociesza, bo rozumie, że wszelkie pocieszanie jest odwracaniem uwagi od bestii, co nas gnębi i pożera. A czym jest odwracanie uwagi od bestii, co nas pożera, jeśli nie karmieniem i pojeniem tej bestii? Mówię rzeczy proste i gorzkie w słuchaniu. Bo zaiste gorzkie to są owoce. Ale nie mogą być inne. Dlaczego? Bo to są owoce z drzewa, które my sami wymyśliliśmy. Tego drzewa, że tak powiem, raju rzeczywistości nie ma. Więc są to gorzkie słowa, które się daje innym do przełknięcia. Czasami jest to coś, co można by porównać do żyletek, do gwoździ, do jakichś strasznych śmieci, które się daje ludziom do przełknięcia. Można je przełknąć! Bezboleśnie. Jeżeli się tylko będzie uważnie słuchać. Bo co znaczy: "zgadzam się z tym, co mówi"? To znaczy zgadzam się z sobą. Co znaczy: "nie zgadzam się z tym, co mówi"? Jeszcze raz znaczy: zgadzam się z sobą.
Uwagą i prawością, i spokojem - można wszystko. Można poznać siebie. A więc zrozumieć, zacząć od początku. Bo początek to jest właśnie: siebie poznać. Jeśli chcę cokolwiek wiedzieć o świecie, o innych ludziach, o wszystkim, muszę najpierw wiedzieć, kim jest ten, który chce wiedzieć. To jest oczywiste. Jest to baza, bez której nie mogę w ogóle dać kroku. Jest to początek, nie można go przeskoczyć.
Jeżeli ktoś nie czuje w sobie jakiejś niewygody, niech sobie jej nie wymyśla. Ale czy naprawdę są tacy ludzie, którzy nie czują w sobie tej niewygody, że coś z tym wszystkim nie gra? Jakże by trzeba nieustannie i kosztownie się zagłuszać, żeby jej nigdy w ciągu, powiedzmy, osiemdziesięciu lat trwania, nie poczuć w sobie tej niewygody. Przecież nie można się nieustannie zagłuszać. Choćby ta chwila przed snem, przed zaśnięciem, po całodziennym zagłuszaniu się, miotaniu się w te i we wte. Jest taki moment, że jestem sam, że jednak jestem sam. Obok leży drugi człowiek, bardzo kochany, a mnie coś... A ja jestem sam. Jestem sam, bo jestem czymś niepełnym. Gdybym był pełnią - byłbym samowystarczalny Bo wszystko, co jest prawdziwe, jest samowystarczalne. Woda jest samowystarczalna, nie potrzebuje siebie pić, dlatego mogą ją pić wszyscy. Drzewo jest samowystarczalne. Przydrożny kamień jest samowystarczalny. A ja mam świadomość bycia i to nie wystarcza. Mam niby coś nieskończenie więcej od kamienia, a kamień jest, a ja mam tylko to poczucie bycia.
Cała nasza historia, historia ludzi, jest, niestety, jak to widać czarno na czarnym we wszystkich podręcznikach historii: czy są opisem rzeczywistości, czy pełno tam w nich wymysłów - są historią wojen. Pomiędzy rodzinami tej ludzkości, na którą te rodziny składają się, a mówiąc dokładniej: nie składają, bo gdyby się składały, to by się nie mordowały. Możemy mieć nadzieję i wierzyć, że ostatnia wojna była ostatnią. Ale czy to jest oczywiste? Dlaczego miało by tak być? Wkrótce przecież po zakończeniu wojny zaczęła się tak zwana zimna wojna i jej tony znowu się pojawiają w przemówieniach mężów stanu.
Jeśli są przeciwnicy - muszą w końcu się pobić. To jest nieuchronne. A to jest po prostu JA i nie-JA. MY i ONI, czyli MY i nie-MY. Ilu ludzi przetrwa tę wojnę, jeśli ona wybuchnie! A dlaczego miałaby nie wybuchnąć? Czy są gwarancją traktaty pokojowe? Ile ich było? To są tylko puste słowa. Ilu ludzi przetrwa tę wojnę, która będzie najkrwawsza ze wszystkich, po prostu, to co nauczyły nas wojny, to fabrykować coraz bardziej śmiercionośne narzędzia. Nie możemy wiedzieć, ilu przetrwa. Możemy wierzyć, mieć nadzieję, że my będziemy wśród tych. Ale jakaż to oczywistość? I do czego wezmą się ci ludzie, zamiast zacząć od początku, od poznania siebie? Wezmą się do "nowej ludzkości prywatnej", do "nowego", w cudzysłowie oczywiście, "humanizmu", do "nowej cywilizacji", do nowych bójek, żeby dojść do tego samego punktu, wydaje się najkrytyczniejszego, w którym się znajdujemy I po raz już który?
Świata nie mogę zmienić. Ale co to jest świat? Czy ja nie jestem światem? Czyż my nie jesteśmy tym światem? Świat to przecież my. Jeżeli pochylę się w sobie, nad sobą, i zacznę od początku, chociaż mam te czterdzieści lat, nie ważne, w którym momencie, i zobaczę, kim jestem, bo co mi z tego, że powiem, że jestem istota ludzka? Co mi to mówi? Co mówi o wodzie wzór H20? Ludzie pili wodę nie wiedząc, że to jest H20. Piją ją dalej.
Mogę siebie poznać. Jest to początek. To jest oczywiste, że jeżeli chcę się czegokolwiek dowiedzieć o świecie, muszę zacząć od początku, czyli: kim jest ten, który chce się dowiedzieć? Jeżeli nie mam tej bazy nieodzownej, wszystko, co wiem - wydaje mi się. Każde zdanie można rozpocząć od "wydaje mi się..." Jeżeli siebie nie znam. Jeżeli siebie poznam - poznam świat! Bo nie różnimy się od siebie tak, jak to się nam wydaje. Jeżeli siebie poznam - będę spokojny. Będę mógł być spokojny nawet wśród chaosu straszliwego, wśród innych ludzi, którzy się miotają. I będę mógł im naprawdę wtedy pomóc. Nie będę wtedy mnożył tego chaosu, bo będę rozumiał, czym on jest, jak on powstaje i co go powoduje. Nie będzie ze mną konfliktów, nie będę przyczyną konfliktów. Będę jak powietrze: niby nieobecny, a prawdziwie obecny. Będę słuchał i nie będę hałasował. Będę wiedział, co im odpowiedzieć. Bo będę siebie znał, więc będę jego też znał, dokładnie tak jak siebie. Nie będę z nikim rywalizować. Nie będę się ścigać. Nie będę chciał być pierwszym. Bo będę rozumieć, jakież to jest żałosne. I gdziekolwiek będę - b ę d ę . Nie będę potrzebował miotać się po świecie na przykład, żeby zobaczyć co? Inne niebo? Czyż niebo nie jest zawsze inne, choćbym ja stał w miejscu jak słup? Będę spokojny i ten spokój będzie się udzielał innym. Nie będę walczył, bo' będę rozumiał, że walka jest karmieniem przeciwnika. Zawsze. Mogę walczyć z kimś tylko jego własną bronią. A więc jestem taki sam, jak on. Mnisi buddyjscy podczas wojny w Wietnamie podpalali siebie, jako protest przeciwko zbrodniom wojennym. A czyż zabicie własnego ciała nie jest taką samą zbrodnią, jak zabicie cudzego ciała? Cóż im zawiniło to ciało, że je podpalili? Nie rozumieli tego, dlatego można powiedzieć, że są niewinni.
Zwróćcie uwagę na pomniki, których jest tak pełno wokół. Czy to nie jest dziwne, że na pomniku, na każdym, zawsze - obok zwycięzcy - figuruje pokonany? On jest przecież też na pomniku. Zwycięzca musi umieścić na pomniku pokonanego. W Warszawie, w Parku Saskim, jest taka płyta: W ZWYCIĘSKIEJ WALCE Z HITLERYZMEM ZGINĘŁO 6 MILIONÓW POLAKÓW, W TYM 800 TYSIĘCY MIESZKAŃCÓW WARSZAWY. "W zwycięskiej walce..." Czy was to nie dziwi? Gdzie jest choćby jeden trup, to jak można mówić o zwycięskiej walce?
Zanim się zacznie walczyć, trzeba zobaczyć, czym jest walka. Może się nam wydawać... Mnie się bardzo długo wydawało, że jestem wielkim wojownikiem o słuszną sprawę. Ale zobaczyć, czym jest walka. Tego nie zrobiłem. O tym zapomniałem. W ogóle nie wiedziałem, że to jest oczywistość.
W walce nie ma zwycięzcy. Sami pokonani. Kto zrozumie - nie walczy. Kto nie walczy - zwycięża. Rozumienie nie jest walką. Nie ma w ogóle nic wspólnego z najdrobniejszym wysiłkiem. Rozumienie i wysiłek wykluczają się. A wysiłek, to JA. Wszelka manifestacja siły, to jest JA. Dlatego tak ważne jest, nieskończenie ważniejsze od "robić cokolwiek" jest: nic nie robić. Słuchać i patrzeć. Dotykać. Wąchać.
Wszelkie oczywistości są w nas. I one odkrywają się same, bez naszego wysiłku... Nie można nikomu przekazać czegoś prawdziwego, jeżeli ta druga osoba nie ma tego w sobie. Jeżeli nie ma tego w sobie, to to dla niej nie istnieje. Nie można komuś dać czegoś, co dla tego kogoś nie istnieje. Mędrzec to głupiec, który widzi, że jest głupcem. W tym momencie rodzi się mędrzec. Nie spada z nieba. Ale większości z nas wydaje się, że jesteśmy mądrzy. Mądrość jest równoznaczna z wyzwoleniem od cierpienia wszelkiego. I to jest oczywiste. Mędrzec nie cierpi psychicznie. Fizycznie może cierpieć. A mi się wydaje, że jestem mądry, i cierpię. Jak to jest? A może ja wcale nie jestem taki mądry, jak mi się wydaje, jak jestem święcie przekonany? Bo ja byłem święcie przekonany, że jestem bardzo mądry. Zanim nie zobaczyłem, że jestem głupcem.
A więc pochylić się w sobie i zobaczyć. Uświadomić sobie wszystko, co wiem, i czy to, co wiem, uwalnia od cierpienia. Nie myśleć o nieznanym, nieświadomym, o tym innym, ale zobaczyć to, co jest, i to, co mogę zobaczyć.

(...)
Głos z sali: - Wspomniał pan o tej płycie w parku w Warszawie. Uważa pan, że powinniśmy dać się beztrosko zabić? Czy pan dałby się zabić?
Stachura: - Mówiłem: "Jakież to zwycięstwo, jak można mówić o zwycięstwie tam, gdzie nie miliony, ale choćby jeden trup". O tym mówiłem. Niech pan zobaczy to, bo to jest ważne.
Głos z sali: - Ja to rozumiem.
Inny głos z sali: - Jeżeli przyjmiemy taką zasadę, że nie można mówić o jakimkolwiek zwycięstwie tam, gdzie jest choćby jedna ofiara, to wtedy nie możemy używać przykładów. Czy to będą wojny napoleońskie, czy jeszcze dawniejsze. Jeżeli wyjdziemy z takiego założenia, to wydaje mi się, że myśl generalna (jedna z niewielu, z którymi się tu zgadzam) to jest taka. Ale nie możemy używać przykładów konkretnych. Ponoszenie ofiar w walce z hitleryzmem było słuszne, bo to jest zupełnie inne zagadnienie.
Głos z sali: - Ja się z myślą generalną zgadzam. Ale chodzi mi o ten konkretny przykład i dlatego zabrałem głos.
Stachura: - To nie tylko panu się nie podoba. Ale to jest, widzi pan, inna sprawa. To jest tak, jakby, powiedzmy, ja mówię o gruszce, a pan mówi o gruszkach na wierzbie. Ja mówię to, co wydaje mi się wstrząsające w swojej absurdalności. Tragicznej absurdalności. Że jak można mówić o zwycięstwie, gdzie pada choćby jeden trup. A pan, oczywiście, może powiedzieć, że jak to, mieliśmy się dać, Polacy, zwyciężyć? "Ruch oporu, wyzwoliliśmy.." Ale to jest inna sprawa.
Głos z sali: - Czy można uniknąć jakiejkolwiek walki? Czy można przeżyć życie absolutnie nie walcząc? Czy jest to możliwe?
Stachura: Jest możliwe zobaczyć, czym jest walka. I to wystarczy.
Głos z sali: - Nie, ale ja się pytam, czy jest możliwe życie bez walki?
Stachura (tonem zdradzającym irytację): - "Przeżyć życie bez walki." W ogóle ten problem nie istnieje! Rozumie pan?! Nie istnieje dla tego, który odkrył, czym jest walka. Dla niego nie istnieje ten problem. Nie pojawia się przed nim.
Głos z sali: - I dla pana nie istnieje. Pan, tuszę, zrozumiał. Zrozumiał pan?
Stachura (podniesionym głosem): - Jeżeli coś mówię, to...
Głos z sali: - Pan mówiąc, zaczynając mówić, musi sobie zdawać sprawę z tego, że ktoś może się z panem nie zgodzić. W związku
z tym, jeżeli ktoś się z tym nie zgadza, to pan chce tego człowieka w jakiś sposób przekonać do tego, co pan mówi...
Stachura (prawie krzycząc): - Nie! Jest pan w schemacie, widzi pan! Jest pan...
Głos z sali: - To już nie miałoby sensu mówienie. Wtedy nie byłoby sensu w zgromadzaniu ludzi i przekazywaniu im czegokolwiek. Po co pan mówi w takim razie, skoro pan nie chce przekonać do tego?
Stachura: - Jeżeli chciałbym przekonać, byłby to gwałt! Byłaby to przemoc! Ja tylko mówię to, co rozumiem! A pan...
Głos z sali: - Może mi pan w takim razie wyjaśnić: po co pan mówi?
Stachura: - Mogę pana zapytać: po co pan tu przyszedł?
Głos z sali: - Tak. Mogę odpowiedzieć na to.
Stachura: - Żebym ja pana przekonywał?
Głos z sali: - Nie.
Stachura: - To w takim razie nie rozumiem pańskiego pytania.
Głos z sali: - Dlaczego?
Stachura: - No, jeżeli pan nie przyszedł po to, żebym ja pana przekonywał, a pan mówi, że ta sytuacja zakłada to, że ja chcę przekonywać...
Głos z sali: - Oczywiście. Bo ja chcę pana przekonać! Ja nie chcę, żeby pan mnie przekonywał, ja chcę pana przekonać.
Stachura: - Czy nie wystarczy, żeby pan powiedział to, co ma pan do powiedzenia?
Głos z sali: - Ale wtedy nie byłoby sensu mówić, bo to mija się z celem. Bo mowa dla mowy, to można nieartykułowane dźwięki wydawać i będzie to z takim samym efektem. Chyba, że po to, że lubi się mówić. Czy nie uważa pan, że jest wręcz takie hochsztaplerstwo? Zostało tu sporo ludzi. Oni po coś przyszli. I jeżeli pan tak mówi, żeby mówić (bo tak to zrozumiałem), to po co myśmy tu przyszli?

(... )
Edward Stachura: - Może bym zakończył ten czterodniowy potok słów i tylko słów, taki potok jąkający się, o tym, co jest najważniejsze w naszym życiu. Można powiedzieć: jedyną rzeczą, która nie jest przypadkowa. Bo nie można w to uwierzyć, że gdzieś nie ma życia, czyli gdzie jest trwanie, wszystko jest przypadkiem. Przypadkiem rządzone, niepodzielnie przypadkiem rządzone. Fatalizm przypadków. Coś nie do wiary. Niech każdy pochyli się nad swoim życiem i zobaczy, czy tak jest, czy tak nie jest.
Ja zobaczyłem. Że przypadkiem było to, że spotkali się mężczyzna i kobieta i że mieli dzieci. Że przypadkiem urodziłem się w tym czasie, w którym się urodziłem, a nie w innym: nie pięć lat wcześniej czy pięć lat później. Że przypadkiem było to, że urodziłem się w tym miejscu, gdzie się urodziłem, a nie w innym. Że przypadkiem było to, że włóczyłem się w dziesiątkach takich miast, miasteczek i wsi, a nie w dziesiątkach innych miast, miasteczek i wsi. I tak dalej, i tak dalej.
Przypadek jest wyrazem chaosu oczywiście. I prawo też. Prawo jest potrzebne tam, gdzie jest bezprawie. Tam, gdzie jest ład, porządek, gdzie nie ma bezprawia, po co komu do czego jakieś prawo? Życie nie jest przypadkiem, ani nie jest rządzone jakimkolwiek prawem. Prawem przypadku również nie. Co to jest, jak to jest - nie można sobie wyobrazić, zanim się siebie nie poznało i nie zrozumiało. Tą jedyną rzeczą naprawdę wspólną nam wszystkim, która nie jest przypadkowa, jest cierpienie. Jest to jedyna rzecz, która należy do porządku wszechrzeczy. Bo przez cierpienie wychodzi się z cierpienia do życia. Do zrozumienia. Do nieustającej dziewiczości, gdzie nie ma przypadku, gdzie nie ma prawa.
Cierpienie ma głęboki sens. Cierpienie jest jak rzeka, która przecina nam nagle w poprzek drogę. Nie ma mostu, nie ma brodu, nie ma przewoźnika, nie ma materiałów i narzędzi do zbudowania tratwy My mamy dostać się na drugi brzeg, bo cierpienie przecięło nam drogę w poprzek. Gdyby nasza meta była tu, na tym brzegu, nie powiedziałoby się, że rzeka przecięła nam drogę. Jeżeli zrobię ćwierćobrót i ruszę na prawo czy na lewo - zbaczam z drogi. Jeżeli zrobię półobrót i zacznę iść - cofam się. Jeżeli usiądę na brzegu rzeki, na tym brzegu rzeki, i zacznę liczyć sekundy, to moja droga się urywa. A droga to jest droga do życia. Albo idę do życia, albo nie. Jeżeli mam iść - nie ma nic innego do roboty, jak tę rzekę przepłynąć, jak do rzeki skoczyć. Może ktoś powiedzieć: a jeżeli nie umiem pływać? Można takiemu odpowiedzieć: gdybyś umiał pływać, może jeszcze jak ryba, jakim cierpieniem byłoby dla ciebie przepłynięcie tej rzeki? Byłoby to to samo, co chodzić po łące wśród kwiatów. „Ale mogę się utopić." Otóż utopić się można tylko wtedy, jeżeli się n stoi na brzegu i nie skacze do rzeki. Bo jeżeli się skoczy do rzeki - już nie ma tego układu: JA - tu na brzegu i tam - rzeka. JA tu, JA - który cierpi, a tam - rzeka. Wtedy jest jeden stan. Wszystko jest cierpieniem. W wodzie wszystko jest wodą. I oto, jeżeli nie ma osoby, która cierpi, jeżeli nie ma z jednej strony JA - które cierpi i tam - cierpienia właśnie, które to cierpienie sprawiło, jeżeli nie ma osoby lękającej się, osoby cierpiącej - nie ma cierpienia. Bo cierpienie nie istnieje niezależnie od osoby cierpiącej.
182
Wywód Stachury wygłoszony w olsztyńskiej "Pracowni" w czerwcu 1978 r. bardzo przypomina Fabula rasa i Oto. Ale zaprezentowany w "Pracowni" monolog to nie był utwór literacki. To był wówczas Stachura-człowiek.
Bez względu na to, jak interpretować ów mistyczny okres w życiu Stachury i działania podejmowane przez niego w latach 1977-1979, raczej bezsporny jest fakt, że u schyłku tego mistycznego okresu mamy do czynienia z przypadkiem zaburzeń psychicznych. Sam Stachura, odzyskawszy zdolność racjonalizowania własnych wspomnień i zachowań, napisze w Pogodzić się ze światem: Przebyłem sam straszliwe niesamowitości; nie wiem, czy zdołam to opisać, ale wiem, co przeżyłem, psychicznie i fizycznie. Myślę też, że nie ma sensu szczegółowo opisywać (...) jak mówiłem głosami innych ludzi, jak dwa razy zaniemówiłem, jak bardzo było to realne, jak zostałem podzielony na lewą i prawą stronę, jak bardzo to bolało, jak zamieniłem się w pół-kobietę i pół-mężczyznę, jak bardzo było to realne, jak rozmawiałem z kimś potężnym, niesłychanie potężnym i inteligentnym, jak błagałem go o niemotę, gdy już nie mogłem mówić z nim, choć było to euforyczne; jak błagałem go, by mnie zabił, jak pomagał mi umrzeć "manipulując" oddechem moim, ustami, dziurkami od nosa, uszu i tak dalej, wydaje mi się, że bez końca, ale przecież z końcem, bo teraz tego nie przeżywam. Tamto wszystko należy do tego, co lekarze-psychiatrzy nazwali zespołem urojeniowo-omamowym.
Stachura od wczesnej młodości był bardzo sprawny fizycznie, dobrze pływał, dobrze jeździł na nartach i łyżwach, chętnie mocował się "na rękę", w 1971 r. chodził na kurs judo... Ale okazem zdrowia nigdy nie był. Uskarżał się na częste krwotoki z nosa i stany podgorączkowe, trapiła go alergia, cierpiał na okresową bezsenność. Pisał w Pogodzić się ze światem: Ja przestępczo nadużywałem mego zdrowia. Zachowywałem się, jakbym był z niezłomnej stali, a nie z kruchego ciała i kruchych kości. Ale obłęd to nie jest sprawa ciała, choć ciało poddaje mu się i obłęd wyczynia z nim, co mu się podoba. Obłęd to sprawa umysłu.

Marian Buchowski
„Edward Stachura – biografia i legenda”
Opole, 1992, Magnes